Kalatówki, maj 2026
Dear Lucy,
„Samotność w górach była czymś pięknym. Samotność przy drugim człowieku wprost przeciwnie.”
To jedno zdanie sprawiło, że gdyby nie ta zżerająca mnie ciekawość odnośnie do zakończenia tej książki, najpewniej zaczęłabym czytać ją od nowa, bo chyba odkryłam wtedy jej nowy wymiar. Wiele takich zdań czai się w najnowszej powieści Remigiusza Mroza „Urwisko” i czeka na to, aż czytelnik pozna ich prawdziwy sens. To jak z wędrówką górską, podczas której możemy dziarsko maszerować ku najwyższym szczytom, patrząc tylko pod nogi. Za to, jeśli poświęcisz chwilę, by zatrzymać się i unieść wzrok, dostrzeżesz ogrom gór, rozpościerających się przed Tobą. Wspaniale jest wreszcie stanąć na szczycie, tak samo jak ukończyć wyczekiwaną książkę, ale przecież cała przebyta droga – zarówno ta przez szlaki górskie, jak i przez kolejne strony powieści – jest niesamowita.

Zaczęłam czytać tę serię o Wiktorze Forście, komisarzu z Zakopanego, ponieważ będąc stęskniona za tatrzańskim krajobrazem, mogłam przenieść się tam, otwierając jedynie książkę. Tym razem wydarzyło się odwrotnie, bo to właśnie w poszukiwaniu Forsta udałam się w Tatry. Mój ulubiony pisarz? To ten, który przenosi nas – czytelników – na górskie szlaki, na papierze i w rzeczywistości. Więc kiedy Remigiusz Mróz ogłosił spotkanie autorskie na Podhalu, nie było nawet chwili zastanowienia. Kupiłam bilety na nocny pociąg, spakowałam plecak, włożyłam górskie buty i zaraz znalazłam się na szlaku prowadzącym od Kuźnic na Kalatówki, gdzie odbywało się spotkanie. Nie mogłam oderwać wzroku, nie tylko od widocznego w oddali Kasprowego, ale od tłumu ludzi ubranych w czarno-czerwone koszule w kratę. Charakterystyczny element garderoby komisarza Forsta wypełnił Polanę Kalatówki, wprawiając w konsternację ludzi, którzy przypadkowo znaleźli się w centrum tego zamieszania. Było w tym coś intrygującego, bo każda osoba – w koszuli czy bez, z książką w ręku czy całym ich stosem – przyniosła ze sobą, nie tylko historię Wiktora Forsta, ale przede wszystkim swoją własną. Moja jest taka, że gdy jechałam w góry, byłam jedynie zapaloną czytelniczką, która swoje próby pisarskie spisała na straty. Jednak po tym spotkaniu, opuszczałam Podhale jako… posiadaczka nowej książki. Książki, od której wszystko się zaczęło.


Niedługo po spotkaniu na Kalatówkach, odbyły się Międzynarodowe Targi Książek w Warszawie, na które wybrałam się z dwóch powodów – jeden ma tytuł „Urwisko”, a drugi „Przesunąć horyzont. 20 lat później”. Ze spotkania z Martyną Wojciechowską zapamiętałam najsilniej jedną rzecz – to, że zdobędziesz Everest nie znaczy, że osiągnąłeś wszystko, bo dopiero kiedy stajesz na tym najwyższym wierzchołku świata, widzisz wszystkie inne niższe szczyty. Okazuje się, że to nie jest tak, że mamy jeden wielki cel w swoim życiu – zupełnie przeciwnie – tych planów, marzeń, sukcesów możemy chcieć i mieć więcej. Co ważniejsze, stojąc na najwyższej górze swojego świata, widzimy w końcu, ile mniejszych szczytów musieliśmy po drodze zdobyć. Być może wtedy to one wydawały się takim Mount Everestem na naszym paśmie górskim życia – a okazuje się, że wystarczy przesunąć horyzont. Wydaje się to, co najmniej niemożliwe, ale jest takie powiedzenie: „wiara, co góry przenosi”. Mi takiej wiary zabrakło, ale wszystkie wydarzenia, które miały miejsce od spotkania na Kalatówkach, szybko mi ją przywróciły. Wtedy, schodząc do Kuźnic, nie przeszło mi nawet przez myśl, że za parę tygodni odważę się, pójść jednak za swoim pragnieniem, które upchnęłam do szuflady razem ze starymi opowiadaniami, wierszami i zalążkami książek.
Za każdym razem bardzo głęboko dotykają mnie różne nawiązania do gór w odniesieniu do życia człowieka. Być może właśnie dlatego, że Tatry to dla mnie miejsce, gdzie odnajduję taką ciszę, w której mogę usłyszeć siebie najlepiej. Czytając „Urwisko”, czułam nie tylko przyjemność, ale i rosnącą satysfakcję przy każdym kolejnym obrazkowym i tak trafnym opisie gór, ale nie tylko jako krajobrazu przyrody. Tatry stanowiły tło życia głównych bohaterów i były odzwierciedleniem ich stanów wewnętrznych. Po zamknięciu książki myślałam o tym, jak dobrą robotę wykonał autor, bo mimo pojawienia się pod koniec historii najobrzydliwszego antagonisty, ja – czytelnik – mam przed oczami góry, a w głowie milion pomysłów na to, jak mogą potoczyć się losy moich ulubionych bohaterów. Potrafię wyobrazić sobie tę otchłań spowitych w ciemności Tatr, w które patrzył Forst tak głęboko „jakby mógł dostrzec tam coś, czego nikt inny nie widział”. Nie zliczę, ile razy zdarzyło mi się wpatrywać na ślepo w ukryte w mroku tatrzańskie szczyty, wiedząc po prostu, że one tam są i zawsze będą. To od nich czerpie się tę największą siłę, która pozwala pokonywać zarówno kolejne metry nad poziomem morze, jak i trudności w życiu codziennym.

Tam samotność naprawdę jest piękna i przyjemna. Tylko Ty i ogrom gór, który sprawia, że czujesz się maleńki w tym świecie. Mimo to dochodzi do świadomości taka myśl, że wcale nie jesteś sam. Jesteś małą częścią tej wielkiej układanki.
W posłowiu „Urwiska” Remigiusz Mróz pisze: „przede wszystkim wdzięczny jestem Tobie za to, że nie muszę ruszać na te wyprawy samotnie”.
Remigiuszu – jeśli to czytasz – moje podziękowania kieruję do Ciebie, bo właśnie dzięki Tobie nie wyruszam już samotnie ani na tatrzańskie szlaki, ani w swoją pisarską podróż.
Pozdrowienia z Tatr!

P.S. Dobrze tu w końcu wrócić!


