Warszawa, kwiecień 2026
Dear Lucy,
Wiosenne porządki – jedna z moich ulubionych rzeczy w roku. To czas odgruzowywania się po zimie, podczas której ukrywaliśmy się w domu lub pod warstwami ciepłych ubrań. Teraz, gdy te warstwy zaczynamy ściągać, większość ludzi stwierdza, że to „czas na wiosenne porządki”. Ja kocham sprzątać, ale tylko tak, kiedy cały dom mogę przewrócić do góry nogami. Znikam na cały dzień lub nawet kilka po to, by zagłębić się w moje cztery kąty i zawsze kończy się to tak samo – siedzę na środku pokoju przez godzinę, przeglądając stare zdjęcia i pamiątki. Mimo to udaje się gruntownie oczyścić moją przestrzeń i na koniec zostaje mi do wyniesienia parę worków na śmieci wypchanych po brzegi. Kiedy następnie wchodzę do idealnie uporządkowanego pokoju, czuję satysfakcję. Sprzątanie pomaga mi nie tylko wprowadzić ład do mojego domu, ale porządkuję wtedy w głowie moje myśli, uspokajam się i wyrzucając ten ostatni worek, czuję, że zrzucam z siebie ciężar minionych trudnych chwil, które się nagromadziły jak cały ten bałagan. Za każdym razem mam takie poczucie, że teraz kiedy mój pokój i tym samym wydaje mi się, że także całe życie jest poukładane, mogę brać się do działania. Potem okazuje się, że i tak nie robię nic, bo w trakcie mój idealny porządek zaczyna się burzyć.
Albert Einstein zastanawiał się kiedyś czy „jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, to oznaką czego jest puste biurko?” – ja za to bym chciała mieć uporządkowane biurko, a umysł jeszcze bardziej. Mam taki problem, że kiedy wszystko nie jest na swoim miejscu, zaczynam się irytować i usilnie próbować to ogarnąć. Ogarnąć pokój i ogarnąć siebie. To wydaje mi się zabawne, że używa się tego samego czasownika właśnie w kontekście sprzątania wnętrza domu i siebie samego. Pozostaje tylko kwestia tego czy, aby nie frustrować się przez cały czas, da się utrzymać taki porządek? Zarówno w swoim umyśle, jak i na biurku.
Moją zmorą jest perfekcjonizm, z którego bierze się także potrzeba kontroli nad każdym elementem mojego życia. Kiedyś między mną a moja Mamą wywiązała się żywa dyskusja na bardzo błahy na pozór temat, a chodziło o miejsce na moim biurku, gdzie postawiłam złożony zestaw LEGO. Pokłóciłyśmy się, bo ja wybrałam z mojej perspektywy IDEALNY punkt, a moja Mama miała inną sugestię. Pamiętam, jak się zagotowałam i jak głupio potem się czułam, że z tak małoistotnego powodu wywołała się taka sprzeczka. Jednak po jakimś czasie dostrzegłam, że prawdziwą przyczyną mojej frustracji nie było to, że ktoś miał inne zdanie ode mnie, tylko to, że coś nie pozwalało mi się z tym pogodzić. Po tej sytuacji jeszcze wielokrotnie doświadczałam złości, smutku, uczucia rezygnacji, właśnie dlatego, że czułam zagrożenie dla mojego perfekcyjnie zbudowanego planu. Tak bardzo chciałam mieć pod kontrolą to, by nikt go nie zaburzył, że nie zorientowałam się, jak w międzyczasie burzy się całokształt mojego życia.
W minioną zimę bałagan zawładnął zarówno przestrzenią, jaka mnie otaczała, jak i moją codziennością. Wszystko, czego tak pilnowałam, posypało się jak domek z kart, ale nie było nikogo, kto by te karty posprzątał. Prawda jest taka, że nie ma ekipy sprzątającej od naszej głowy (chyba że to nowa nazwa na terapię), a z bałaganem musimy poradzić sobie sami. Nie miałam siły na generalne porządki, więc w tej mojej nieuporządkowanej rzeczywistości zaczęłam się po prostu odnajdywać. To samo zrobiłam z tegorocznymi wiosennymi porządkami – małymi krokami ogarniam bałagan, pokój po pokoju, szafka po szafce, pudełko po pudełku. Wyniosłam jeden worek zamiast pięciu, ale i tak towarzyszyło temu uczucie oczyszczenia i pozbycia się zalegającego kurzu. Niepostrzeżenie odnalazłam jakiś dziwny spokój w tym całym chaosie.
Pisząc o tym, przychodzi mi na myśl podobne uczucie towarzyszące mi podczas pobytu w Nowym Jorku. Jestem osobą, która raczej nie przepada za dużym, tłocznym miastem, więc już na samą myśl o takich miejscach jak Times Square, czułam niepokój. Jednak wydaje mi się, że poczułam rytm, w którym żyje ta ogromna metropolia – nazwałam go zorganizowanym chaosem. Nic nie ma swojego ustalonego miejsca, a jednak wydaje się, że wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno teraz być. No właśnie, słowo klucz „teraz”. Zmiany to coś, co nieustannie niszczyło mój ustalony porządek i dlatego nigdy ich nie lubiłam. Dziś przekonuję się do nich, mimo że dalej zaburzają moje plany, z tym że obecnie tych planów robię już zdecydowanie mniej. Może któregoś dnia stanę się szalenie spontaniczna, ale to chyba nie byłabym już prawdziwa ja. Być może nie chodzi o spontaniczność, a o spokój. Do tej pory wydawało mi się, że do jego osiągnięcia potrzebuję ciszy, ale w ostatnim czasie brakuje jej w moim życiu, więc doświadczenie z Nowego Jorku przydało się. Natomiast chyba inna podróż przyniosła mi lepszą radę, jak odnaleźć spokój.
Kiedyś zapakowałam cały swój życiowy bałagan do walizki i ciągnęłam go za sobą, aż do Portugalii. Najpierw wylądowałam w Lizbonie, której odwiedzenie zawsze było moim marzeniem. Jadąc z lotniska do centrum, już czułam, że coś jest nie tak. Nie wyglądało to jak miejsce, które sobie wyobrażałam. Jednak, gdy później zagłębiłam się w to miasto z przyjaciółmi, Lizbona zaciekawiła mnie swoją architekturą. Nie była idealna, ale była uporządkowana jak na moje „standardy”.

Paryż czy Londyn mają to samo – nie są jednolite, ale istnieje tam pewien ład, który też dostrzegłam w stolicy Portugalii. Zaskakujące było dla mnie to, że wcale nie czułam się tam dobrze. Z Lizbony pojechaliśmy na północ do Porto. I tam przepadłam, a razem ze mną ten bałagan, który przywiozłam w walizce. Niektórzy mówią, że Porto jest brudne i zaniedbane. Wąskie uliczki rozkopane już przez dłuższy czas, podupadające kamienice często pozostają opustoszałe (najbardziej zapadły mi w pamięć te stojące wzdłuż drogi prowadzącej do plaży na wybrzeżu), więc może rzeczywiście coś w tym jest, że to miasto nie łapie każdego za serce. Dla mnie mimo wszystko Porto jest magiczne. Tam czas zwalnia, a problemy przestają mieć znaczenie. Porto nazywane jest „miastem sześciu mostów”, które dosłownie górują nad rzeką Douro. Najbardziej znany, spośród wysokich mostów, jest Ponte Luís I.


Stojąc na samej górze można spojrzeć na to nieuporządkowane miasto z dystansem. Stamtąd nie widać pęknięć, nierównej kostki na chodniku, niedomalowanych ścian budynków, worków na śmieci leżących na ulicy. Tam można być ponad to. I chyba właśnie dzięki temu, że przestajemy przejmować się wszystkimi niedociągnięciami, możemy skupić się i dostrzec to, co cenniejsze – jak na przykład jeden z piękniejszych zachodów słońca jakie widziałam.

Pomysł na tę pocztówkę, którą wysyłam z mojego zabałaganionego pokoju i którą piszę na moim zabałaganionym biurku, wziął się od pytania, które gdzieś jakiś czas temu przeczytałam – „czy pozwalam sobie być spokojna, nawet jeśli nie wszystko jest poukładane?”. Okazuje się, że odpowiedź była cały czas w moim zabałaganionym umyśle (Albert Einstein na pewno jest dumny z mojego wielokrotnego powtórzenia, ale to wszystko ku Pana pamięci Panie Einstein, proszę o wyrozumiałość). Odpowiedź brzmi – tak. Takie to proste, a jednak opanowanie tej sztuki wymagało czasu, nerwów i niejednokrotnie łez, ale się udało. Ale żeby było jasne – nie zawsze jest tak perfekcyjnie (w końcu nie może być, prawda?), a kiedy nie jest to wyobrażam sobie jak stoję na moście Ponte Luís I w moim ukochanym Porto i cały ten bałagan przestaje być taki straszny.
Pozdrowienia z zabałaganionego pokoju w Warszawie!

P.S. Dziś powiem tak – daj sobie już spokój i obejrzyj zachód słońca.


