Nowy Jork, kwiecień 2026
Dear Lucy,
Mam takie dwa ulubione miejsca w Nowym Jorku, które określiłabym słowem „kultowe”. Jednym z nich jest Brooklyn Bridge. Mogłabym nim spacerować od wschodu do zachodu słońca, podziwiając panoramę wieżowców, mieszczących się w dzielnicy finansowej. Mogłabym nim biegać nieustannie z Brooklynu na Manhattan, kiedy metro postanowiłoby się zepsuć. Mogłabym godzinami patrzeć na podświetlony łagodnie Most Brookliński, płynąc rejsem nocnym po East River. Ostatniego dnia mojego pobytu żegnałam się z Nowym Jorkiem, siedząc sobie nieopodal Jane’s Carousel w Brooklyn Bridge Park. Obserwowałam Manhattan, który wydawał się być na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie pozostawał niedostępny przez swoją gęstą, wysoką i monumentalną zabudowę. Po mojej lewej znajdował się Most Brookliński, wdzierający się pewnie w gąszcz tej betonowej dżungli. Wyglądał jak jedyna droga, która mogłaby poprowadzić nas w jej głąb. To wejście do tego nowojorskiego świata hałasu, pośpiechu i chaosu.

Nienawidzę głośnych i zatłoczonych miast, ale kocham Nowy Jork. Tam istnieje jakiś system poruszania się po Manhattanie, do którego szybko potrafiłam się dostosować. Obserwowałam ludzi na ulicach, którzy ciągle gdzieś biegli – większość z nich, jak się okazało, dosłownie biegła do Central Parku na poranny jogging.

Central Park – moje drugie ulubione tzw. „kultowe” miejsce w NYC. Pamiętam, jak pierwszego dnia wyszłam z hotelu i zaskoczyłam się spokojem, jaki zastałam w mieście, które poprzedniego wieczoru naprawdę wyglądało, jakby nigdy nie miało zamiaru iść spać. Okazało się, że śpi właśnie wtedy, gdy ja zmierzałam na śniadanie opustoszałą Madison Avenue. Było dość wcześnie, bo jet lag nie pozwalał mi na długi sen, ale mogłam dzięki temu zobaczyć, jak Nowy Jork budzi się do życia. Po śniadaniu udałam się w kierunku ścisłego Midtown Manhattan – mijałam Empire State Building, Bryant Park, Grand Central Terminal, Katedrę św. Patryka. Za to mnie mijało coraz więcej ludzi – jedni szli do pracy, inni na trening, trafiali się rodzice z dziećmi, biegacze i oczywiście turyści. Zostałam pochłonięta przez ten miejski tłum, a potem betonowa dżungla „wypluła” mnie pod Hotelem Plaza. Stanęłam przed prawdziwym zakątkiem przyrody i od razu się w niego zagłębiłam.


Cisza w Nowym Jorku różni się trochę od tej, którą znam. Na ulicach miasta jest mnóstwo wymieszanych dźwięków, przed którymi ciężko jest uciec. W pokoju hotelowym za to nie ma żadnych odgłosów, ale nie jest to miła i komfortowa cisza (można wręcz zwariować). Jeśli szukasz spokoju dla głowy wypełnionej nowojorskim hałasem – zapraszam do Central Parku. Tam jesteś Ty, a Nowy Jork słychać tylko w tle – mimo że cały czas jesteś w jego sercu.
Jest tam pięknie o każdej porze roku. Ja miałam okazję odkrywać Central Park na przełomie lata i jesieni. Otaczająca nas zieleń była jak namalowana. Trawa na Sheep Meadow była jaskrawo zielona, drzewa były gęsto okryte liśćmi, które powoli zaczynały przybierać jesienne barwy, a w tafli licznych stawów odbijały się łagodnie promienie słońca.



Kiedy wróciłam z Nowego Jorku, z utęsknieniem oglądałam relacje jego mieszkańców na Instagramie. Wkrótce matka natura pomalowała zielony Central Park na pomarańczowo, czerwono i brązowo. Kiedy przyszła zima, polana Sheep Meadow pokryła się dywanem ze śniegu. W końcu mamy wiosnę i uwierzcie mi, nie mogę się teraz napatrzeć na kwitnące wiśnie i magnolie, które ozdabiają Central Park. Moja przyjaciółka ostatnio chyba czytała mi w myślach, bo proponując mi wspólny wyjazd do NYC, powiedziała – „coś mi się wydaje, że chciałabyś zobaczyć wiosnę w Nowym Jorku”. Kochana, dobrze ci się wydaje!

Póki, co Nowy Jork musi jeszcze na mnie trochę poczekać, a wiosna, która pojawiła się w mojej okolicy i tak poniekąd wynagrodziła mi niespełnioną podróż. Zrobiło się cieplej, więc można było zrzucić z siebie te ciężkie kurtki i płaszcze. Zaczęło świecić słońce, które od razu dodało mi energii. Z każdym wiosennym dniem miałam więcej chęci do życia, aż w końcu właśnie się na tym złapałam. Zima się skończyła. I nie chodzi mi o to, że już cały czas będzie tylko ciepło, bo nawet teraz jak to piszę, za oknem szaleje wiatr i co chwilę pada deszcz. Skończyła się ta moja życiowa zima (a jeśli nie czytaliście o moim zimowaniu, to odsyłam do wpisu o nim). Jeszcze nie jest tak różowo jak w Central Parku pełnym kwitnących wiśni, bo u mnie też czasem spadnie deszcz albo wiatr będzie mnie cofał, ale przez chmury przebijają się nareszcie promienie słońca.

Chciałabym zobaczyć wiosnę w Nowym Jorku – to fakt. Jednak w tym roku najbardziej zależało mi, by zobaczyć swoją życiową wiosnę, której bałam się, że mogę nie doświadczyć. Ta pora roku dodaje takiej nowej energii i siły, może dlatego mówi się, że ktoś ma na przykład 27 lub 29 wiosen? Ja bym chciała przeżyć ich jak najwięcej – nieważne czy pośród kwitnących magnolii, czy w deszczu – a tej w Nowym Jorku jeszcze na pewno doświadczę.
Pozdrowienia z Nowego Jorku!

P.S. Wszystkim tym, którzy w tegoroczną wiosnę mają/będą mieć swoją 27 lub 29 wiosnę – życzę spełnienia (nie tylko amerykańskich) marzeń.


