Kopenhaga, czerwiec 2026
Dear Lucy,
To już moja druga podróż do stolicy Danii, jednak zupełnie inna niż ta, którą odbyłam trzy lata temu. Wtedy był środek zimy – ciągle towarzyszył nam przeszywający chłód, deszcz i ciemność. Tym razem lato było już na horyzoncie i mimo odmiennej prognozy pogody, Kopenhaga przywitała nas ciepło. Ponadto udało nam się wreszcie zobaczyć ją w blasku dnia.
Słońce pojawiło się na niebie przed 5:00, a zachodziło około 21:00, co dawało nam aż szesnaście godzin na spacerowanie po mieście i odkrywanie jego zakamarków. Odwiedziłam z przyjaciółką zarówno nowe, jak i znane nam już miejsca. Chciałyśmy zobaczyć je w świetle dnia, bo te trzy lata wcześniej dzień był o połowę krótszy, więc miasto zwiedzałyśmy nocą. To było ciekawe doświadczenie, momentami wręcz upiorne (jeśli ktoś chciałby znaleźć się w horrorze, to polecam z całego serca odwiedzić nocą Zamek Rosenborg), ale zyskałam dzięki niemu nowe spojrzenie na życie, a teraz – po drugiej wizycie – również na Kopenhagę.

Przez cały wyjazd zadawałam sobie jedno pytanie: „Czy mi się tu w ogóle podoba?”. Podziwiałam architekturę miasta, próbując odszukać jego schemat budowy, tak jak łatwo jest to zrobić w Paryżu czy Barcelonie. W Kopenhadze, jako stolicy państwa skandynawskiego, spodziewałam się praktycznego, prostego i może nieco geometrycznego układu miasta. Natomiast okazało się, że jest ono zaprojektowane według nieznanego mi dotąd tzw. Fingerplanen (Plan Pięciu Palców), według którego dłonią jest centrum Kopenhagi, a palcami główne sieci komunikacyjne, między którymi przestrzeń zagospodarowano terenami zielonymi. Właściwie ich liczba to jedyna tak łatwo dla mnie dostrzegalna cecha skandynawskiego stylu, bo faktycznie bliskość natury jest dla Duńczyków bardzo ważna.
Jednym z nowych miejsc, które odwiedziłyśmy tym razem, był Ogród Botaniczny. Pod ogromną zabytkową Palmiarnią mnóstwo ludzi odnalazło idealne dla siebie miejsce na odpoczynek, co również my zrobiłyśmy. Położyłyśmy się na trawie, łapałyśmy każdy promień słońca i rozmawiałyśmy. Nic więcej. To chyba było to prawdziwe duńskie hygge.


„Żadne inne miasto nie jest tak bezpretensjonalne i naturalne, przez to tak
przyjazne i serdeczne jak Kopenhaga.”Richard Adams, „The Girl in a Swing” (1981)
Na to powtarzane ciągle w mojej głowie pytanie nadal nie znalazłam odpowiedzi. Wróciłam do domu z myślą, że może nie wszystko, co ostatecznie udaje nam się odkryć w jasności, jest tak piękne jak sobie to wyobrażaliśmy. Przypomina mi się teraz mój poprzedni wpis o Kopenhadze, do którego polecam zajrzeć, jeśli chcesz poznać tę drugą – ciemną – stronę historii. Poruszyłam tam kwestię wyjaśniania sobie w relacjach różnych nieporozumień, mówienia jasno o swoich potrzebach, zmartwieniach i uczuciach. Opowiedziałam również historię o przyjaźni, która rozpadła się mimo lub właśnie przez to.
Kiedy wyciągamy niektóre sprawy na światło dzienne, podejmujemy pewne ryzyko, że coś niekoniecznie będzie wyglądało tak, jak byśmy chcieli. Czasem w takiej ciemności bądź niewiedzy idealizujemy coś lub kogoś, a potem zderzamy się z rzeczywistością, która jak wszystko inne, ma zarówno swoje zalety, jak i wady. Jednak uważam, że warto ryzykować, bo zdarzają się przecież te słynne wyjątki potwierdzające regułę. Ja znalazłam jeden w Kopenhadze. Trzy lata temu po zmroku trafiliśmy przypadkiem na dziedziniec Biblioteki Królewskiej. Pamiętałam jedynie, że znajduje się tam fontanna. Udało nam się ją odnaleźć i tym razem. To moje ulubione miejsce w Kopenhadze.


Pozdrowienia z Kopenhagi!

P.S. Aha! Jest jeszcze jeden wyjątek potwierdzający regułę – cynamonka!


