Kopenhaga, grudzień 2023
Dear Lucy,
Zwiedzanie jakiegoś miasta zazwyczaj wiąże się z poznawaniem jego historii. Zabytki, ulice czy zwykłe budynki mają wiele do opowiedzenia, tak samo jak ich mieszkańcy. Po mojej krótkiej wycieczce do Kopenhagi zaczynam zastanawiać się, czy faktycznie udało mi się odkryć tajemnice skrywane przez nią czy może moje własne.
Wyjazd do Kopenhagi był bardzo spontanicznym pomysłem – dla każdego z nas. Ja i moja przyjaciółka kupiłyśmy bilety bez zastanowienia. Byłyśmy stęsknione za podróżami, znudzone naszą codziennością, która kręciła się wokół pracy i studiów, więc gdy zobaczyłyśmy tanie bilety na samolot, od razu je kupiłyśmy. Potem nieoczekiwanie dołączył do nas mój przyjaciel, który wydaje mi się, że też nie poświęcił ani chwili na przemyślenie tej sprawy. I takim sposobem nagle znalazłam się w samolocie do Kopenhagi razem z dwiema bliskimi mi osobami, natomiast sobie nawzajem trochę obcymi. Obawiałam się niezręczności, ale nie było na nią nawet czasu, ponieważ i tak cudem udało nam się w ogóle zdążyć na nasz lot.
Po szalonym biegu przez lotnisko, prawie dwugodzinnym locie i szybkiej drzemce dotarliśmy do stolicy Danii. Część Kopenhagi udało nam się zobaczyć za dnia, na przykład pomnik Małej Syrenki i Twierdzę Kastellet. To był piękny zimowy poranek – błękitne niebo, otulający nas chłód i walczące z nim promienie słońca. Wszystko to zmieniło się w mgnieniu oka, kiedy zaczęło lać.



Cali przemoczeni dotarliśmy w końcu do jednej z kawiarni – The Coffee Factory. Było tam bardzo klimatycznie, przede wszystkim ciepło i wygodnie. Na tyle komfortowo mogliśmy się tam poczuć, że cała nasza trójka swobodnie rozmawiała na najróżniejsze tematy. Niektórzy dopiero co się poznawali, a inni robili to na nowo. Podróżowałam już wcześniej z moją przyjaciółką, za to z naszym kompanem miałam taką przyjemność po raz pierwszy. Znaliśmy się już długo, a jednak w tych nowych okolicznościach, miałam wrażenie, że możemy zobaczyć się w innym świetle.

Zimą dzień jest krótki i dość szybko zapada zmrok. Czasami, gdy gasną światła i robi się ciemno, łatwiej jest nam dostrzec pewne rzeczy, bo mocniej wytężamy wzrok. Dlatego zwiedzanie Kopenhagi po zmierzchu było tak bardzo ciekawym doświadczeniem. Pamiętam jak weszliśmy do ogrodów otaczających pałac Rosenborg, który w ciemności wyglądał upiornie. Chodziliśmy jego alejkami jak w labiryncie. Potem znaleźliśmy się przy fontannie na dziedzińcu Biblioteki Królewskiej, a otaczała nas wyłącznie cisza, przerywana parsknięciami śmiechu, wywołanymi naszą absurdalnie śmieszną, nocną wycieczką. Może nie najlepiej szło nam podziwianie zabytkowych miejsc, ale niezwykle łatwo nawiązywaliśmy ze sobą kontakt. Pod osłoną nocy było mi łatwiej odczytywać moje własne myśli. Sprawiło mi ogromną radość to, że moje obawy były nieadekwatne i moi przyjaciele miło spędzali razem czas. Cieszyłam się też, że jestem otoczona właśnie takimi ludźmi, przy których mogę być sobą i czuję się dobrze, a przede wszystkim jestem szczęśliwa.

Ciemność ma też to do siebie, że zanurzeni w niej decydujemy się na rzeczy, których normalnie balibyśmy się zrobić. Tak było też w naszym przypadku, bo tego wieczora wybraliśmy się do parku rozrywki Tivoli. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że kiedykolwiek wsiądę na jakąś diabelską kolejkę, to bym go wyśmiała. Tymczasem tamtego dnia śmiała się najbardziej moja przyjaciółka, gdy nagrywała tę chwilę grozy, na którą zdecydowaliśmy się z przyjacielem. Dziś, kiedy to piszę, dalej zastanawiam się, co my mieliśmy głowie, bo oboje zawsze zarzekaliśmy się, że na takie atrakcje nikt nas nie namówi. Tymczasem byliśmy w tym razem i kiedy o tym myślę, to jest to naprawdę jedno z moich ulubionych wspomnień.


Czy mieliście kiedyś w swoim życiu kogoś takiego, przy kim mogliście być całkowicie sobą? Kogoś, kto akceptował Was takimi, jakimi jesteście? Kogoś, komu mogliście powierzyć każdy sekret, chcieliście się radzić, nawet gdy jesteście tak uparci, że i tak zrobicie po swojemu? Kogoś, z kim rozumieliście się czasem bez słów, darzyliście się wzajemnie zaufaniem, pomagaliście sobie i wspieraliście, kiedy było trudno? Kogoś, komu wybaczylibyście bez słowa zaspanie na samolot i kogoś, z kim poszlibyście na rollercoaster, mimo ogromnego strachu?
Ja miałam to szczęście, że spotkałam na swojej drodze parę takich osób – zapewne mogę policzyć ich na palcach jednej ręki, ale udało mi się trafić na dobrych ludzi. Jednak tylko z jedną wsiadłam na tego prawie 70-metrowego giganta o dumnej nazwie Golden Tower, na którym prawie umarłam ze strachu i ze śmiechu. To, co wydawało mi się wielkie i przerażające (a uwierzcie mi, było takie, zwłaszcza gdy nie mogłam zapiąć tych pasów bezpieczeństwa) przy tamtej osobie stało się wyjątkowym przeżyciem, które do dziś bawi mnie do łez.
Po tamtym wyjeździe mój przyjaciel stał się mi jeszcze bliższy. Był dla mnie bardzo ważną osobą, bo tak jak pisałam wcześniej – to szczęście trafić na ludzi, którzy wyciągają z nas to, co najlepsze. Mówi się, że jeśli coś jest dla nas ważne, to powinniśmy zachowywać to dla siebie. Nie wystawiać tego do oceny innym, nie dopuszczać wpływu osób trzecich, głównie takich, które niekoniecznie życzą nam dobrze. Lepiej schować gdzieś głęboko, w cieniu. I w myśl tego przekonania, nie pozwalałam innym zobaczyć tego, co dla mnie ważne ani poznać moich uczuć. W końcu ukryłam wszystko tak, że i mi samej było trudno do nich dotrzeć i je zrozumieć. W tej ciemności wydawało mi się, że idziemy z moim przyjacielem ramię w ramię, w tym samym kierunku, a jednak okazało się, że w pewnym momencie nasze drogi się rozeszły, pytanie brzmiało tylko – dlaczego?

Powiedzenie „wszystko stało się jasne” brzmi zabawnie na tle tej historii. Przez wiele lat obserwowałam, jak ludzie błądzą w swoich relacjach, tylko dlatego, że nie potrafią ze sobą rozmawiać. Nauczyłam się w końcu tego, żeby zawsze dążyć do rozwiązywania nieporozumień przez rozmowę. Czy nie jest łatwiej podzielić się tym, co myślimy niż oczekiwać, że ktoś się włamie do naszej głowy i rozszyfruje tę zagadkę? Oczywiście to nie jest proste, żeby odsłonić się tak przed drugim człowiekiem, ale kiedy zależy nam na kimś, to nie warto spróbować?
W moim przypadku, kiedy światło odsłoniło liczne niedopowiedzenia, jakie powstały między mną a przyjacielem, nic się, o ironio, nie wyjaśniło. Mimo podejmowania prób i konfrontowania się z przeszkodami wysiłek powinien być obustronny. Czasami bardzo staramy się, by nie utracić kogoś, jakiejś relacji, a także części siebie, jaką oddaliśmy – tylko po co? Przychodzi niestety taki moment, kiedy należy pogodzić się z taką stratą i czekać, aż tęsknota zamieni się w radość ze wspólnie przeżytych chwil.
Ostatnio moja dobra przyjaciółka powiedziała mi, że według niej ludzie dzielą się na dwa typy. Są tacy, którzy zawsze starają się znaleźć wyjście z sytuacji, wyciągają rękę, nawet jeśli już sami nie mają sił. Drugi rodzaj to ludzie, którzy nie widzą szans na zgodę, bo nie wierzą, że da się ją osiągnąć i pokonać trudności wspólnie – czasem dlatego, że zwyczajnie nie chcą albo nie potrafią. Będąc w relacji, zarówno Ty jak i ta druga osoba, decydujecie sami o tym, którą ścieżką pójdziecie.

O przyjaźni bardzo pięknie wypowiedziała się amerykańska pisarka Helen Keller, która o życiu „w ciemności” wiedziała więcej niż ktokolwiek inny. Od dziecka bowiem odnajdywała dla siebie miejsce w świecie, można powiedzieć, pozbawiona tego, czym dysponuje większość z nas. W pierwszej połowie XX wieku Helen Keller aktywnie działała na rzecz osób z niepełnosprawnościami, sama będąc osobą niewidomą i głuchoniemą od najmłodszych lat. Myślę, że lepiej niż ktokolwiek inny, doświadczyła, jak ważna jest obecność drugiego człowieka, któremu można bezgranicznie ufać. Wybrzmiało to w jej wypowiedzi, że wolałaby spacerować z przyjacielem w ciemności niż sama w świetle dnia. To zdanie na długo zapadło w moją pamięć i rozbudziło pewne przemyślenia. Te słowa wypowiedziane przez Keller pięknie, a jednocześnie tak prosto, oddają głębie bliskości i jej znaczenie w życiu człowieka, zwłaszcza w obliczu największych trudności. Chociaż zgadzam się z autorką tego zdania, to teraz, trochę przewrotnie, zmienię jego przekaz. Ja, mimo że chciałabym spacerować z przyjacielem jak kiedyś, to jednak dziś wolę dalej iść sama. Dochodzę do wniosku, że w pewnej chwili musimy zapomnieć o tym, jak ważna jest ta relacja, bo tkwić w niej, pełnej nieporozumień to jak chodzić po omacku w ciemności. Dla mnie jednak liczy się jasność. Wybieram więc spacerowanie samej, jeśli w relacji z kimś tego wyjaśnienia – dosłownie i w przenośni – nie ma.

Mam teraz takie pragnienie, by znów pojechać do Kopenhagi, ale tym razem zobaczyć ją w świetle dnia. Być może znowu czymś mnie zaskoczy. W końcu po nocy zawsze przychodzi dzień, a po burzy – słońce.
Pozdrowienia z Kopenhagi!

P.S. Jako dziecko nie bałam się ciemności, ale teraz w dorosłym życiu czasami jest ona naprawdę przerażająca. Co prawda, nie chowają się w niej potwory, ale nasze tajemnice, zmartwienia i najszczersze uczucia.


