Paryż, styczeń 2023
Dear Lucy,
Paryż, nie bez przyczyny, otrzymał tytuł „miasta miłości”, bo czy istnieje bardziej romantyczny kadr niż spacer nad Sekwaną w świetle migającej Wieży Eiffla? Ewentualnie piknik na Polu Marsowym albo kolacja w eleganckiej restauracji, wypełniona szeptanymi do ucha deklaracjami miłości, chichotem szczęścia i smakiem pysznego wina.
Jednak mimo rekordowej liczby mężczyzn, którzy klękają właśnie w tym mieście na jedno kolano przed swoją ukochaną, prosząc ją o spędzenie wspólnie reszty życia, Paryż to także miasto żyć spędzanych samotnie. Ta samotność może być z wyboru lub nie, ale wiruje między ludźmi, którzy być może szukają w Paryżu czegoś innego – tylko czego?

Paryż nazywany jest również „miastem świateł” – może dlatego, że tam pojawiły się pierwsze latarnie gazowe, a może dlatego, że był centrum kulturalnym Europy w epoce oświecenia. Czy istnieje inny powód? Być może niektórzy ludzie – mieszkańcy czy przyjezdni – szukają tam właśnie światła. Nawet małego błysku, gdzieś w oddali, widocznego choćby tylko przez chwilę, ale wskazującego drogę do miejsca, gdzie okazuje się, że wszystko się układa, a my możemy dać się tej nadziei ponieść. „Miasto miłości” to również miasto samotnych, często złamanych serc, ale pełnych nadziei, że wkrótce znowu pojawi się ta wyjątkowa iskierka, dzięki której wszystko zabłyśnie na nowo.
Stałam w Jardin des Tuileries, nie mogąc oderwać wzroku od panoramy miasta i otaczającego mnie ogrodu, który wydawał się zapadać w hibernację. Ludzie przemykali tego dnia opustoszałymi alejkami, zmierzając szybkim krokiem zapewne do miejsc, w których mieli nadzieję odnaleźć trochę ciepła w to styczniowe, chłodne popołudnie. Na niebie kłębiły się chmury, tak jak myśli w mojej głowie. Nie znałam jeszcze takiego Paryża, a byłam w nim już kilka razy. Poznałam jego nowe oblicze – francuskiego kochanka, który sprawi, że zapomnisz o swoich smutkach. Miasto zakochanych stało się nieoczekiwanie schronieniem dla mojego złamanego serca.

Parę miesięcy przed wyjazdem do Francji rozstałam się z chłopakiem. Jak w każdej relacji, tak i w naszej, były zarówno wzloty i upadki, aż w końcu dotarliśmy na samo dno. Rozstanie było oczywistą odpowiedzią, ale niełatwą decyzją. Mimo tego, że wtedy chciałam uparcie walczyć o ten związek, to jednak po jakimś czasie poczułam wdzięczność za to, że on zdecydował się odejść. Brakowało mi jego obecności, ale w końcu zabrakło mi również łez. Wszystko, co razem przeżyliśmy, stało się wspomnieniem. Czułam pustkę i nie wiedziałam, jak mogę ją zapełnić, więc postanowiłam zbierać nowe przeżycia, korzystając z szans i możliwości, które nagle zaczęły pojawiać się na mojej drodze.
Trafiłam kolejny raz do stolicy Francji. Poleciałam tam na niecałe dwa dni razem z siostrą, nie mając zamiaru zwiedzać miasta, a tylko odwiedzić wystawę związaną z moim ulubionym serialem, która akurat tymczasowo została otwarta właśnie w Paryżu. Jednak czasu miałam jeszcze wystarczająco dużo, aby przespacerować się po mieście, obserwować jego piękno i wyjątkowość, a także zwierzyć się mu z moich trosk. Patrzyłam wtedy na ten Paryż – tak wykwintny, elegancki, a jednocześnie przygnębiający i ponury. Pośród różnych odcieni szarości wyróżniała się, na Île de la Cité, Katedra Notre-Dame. Wciąż tkwiąca w swoim własnym cierpieniu po pożarze, który wybuchł w 2019 roku, małymi krokami dochodziła do siebie. Ludzie o niej nie zapomnieli, nie pozwolili jej zniknąć z kart historii ani z mapy Paryża. Było coś nadzwyczajnego w podziwianiu jej, podnoszącej się powoli ze swych kolan, przy znanej i pięknej melodii piosenki pochodzącej z musicalu Notre-Dame de Paris. Mężczyzna, śpiewający utwór „Belle”, trwał u boku Katedry i udowadniał tym, że mimo braku wstępu do jej opustoszałych naw i kaplic, Notre-Dame pozostawała przez ludzi adorowana.

Chodziłam po ulicach Paryża, próbując odnaleźć odpowiednie miejsce, w którym będę mogła utopić smutki, nie w Sekwanie, a w kieliszku białego wina. Zatrzymałyśmy się z siostrą na moście Pont Neuf i wtedy zrozumiałam, dlaczego Paryż nazywany jest „miastem świateł”. Przed nami dział się ich prawdziwy spektakl, tak jakby cały Paryż rozbłysnął właśnie dla nas. Był jak francuski kochanek, który obdarowuje ukochaną najcenniejszą biżuterią, obsypuje drogocennymi kamieniami w różnych kolorach. Przez okna kamienic wylewały się na zewnątrz złote smugi światła, ponad nimi wyróżniała się oświetlona kopuła Institut de France. W tafli wody, płynącej Sekwany, można było dostrzec odbijające się kolorowe światełka – niebieskie, białe, czerwone. W oddali widać było Wieżę Eiffla, jakby ubraną w złotą suknię. Smuga światła, pochodząca z najwyższego punktu Wieży, wskazywała nam drogę, którą podążyłyśmy, dając się prowadzić paryskiemu kochankowi.

Miasto zajęło się nami. Najpierw w pełni nakarmiło i napoiło pysznym winem, potem zabrało na romantyczny spacer po klimatycznych dzielnicach, a na koniec osłodziło życie płynną czekoladą w kawiarni Carette. Stamtąd, jak w filmie, kochanek porwał nas nagle na środek Place du Trocadéro, nie pozwalając na to, by umknął nam ten magiczny moment. Wybiła godzina 21:00, a ja, oczarowana, wpatrywałam się przed siebie, tak intensywnie, że w moich oczach na pewno można było dostrzec odbicie migoczących światełek, ozdabiających Wieżę Eiffla. Jeśli nieświadomie szukałam w Paryżu jakiejś iskierki, która wznieci mały płomień nadziei w moim sercu i da moc do życia na nowo – to właśnie wtedy pojawiło się przede mną milion takich iskierek.

Złamane serce zrasta się powoli, dochodzi do siebie, potrzebuje czasu i nadziei. Po rozstaniu widziałam świat w smutnych, szarych barwach, wszystko zlewało się w jedną nudną całość. Na początku płakałam i tęskniłam. Myślałam, że potrzebuję tego kogoś z kim budowałam mój kawałek życia. W tamtej chwili wydawało mi się, że straciłam je bezpowrotnie. Na początku brakowało mi byłego chłopaka, ale potem zorientowałam się, że brakuje mi kogoś innego. Siebie. Ta pustka towarzyszyła mi jeszcze zanim rozstałam się z chłopakiem, czułam ją, będąc z nim i to było przerażające. Tak bardzo pochłonął mnie nasz związek, próby ratowania go i oszukiwanie siebie, że to jest to czego pragnę, że nie zauważyłam, że sama znikam. Uświadomiłam sobie to dopiero, kiedy w obrazku zabrakło jego i zabrakło mnie. Powoli zaczęłam naprawiać to, co zostało zniszczone. Budowałam dalej swoje życie sama, ale szczęśliwsza niż kiedykolwiek, a tamten kawałek stał się tylko rozdziałem w mojej historii.
Tamta podróż do Paryża była pierwszą z wielu, podczas których odkrywałam nie tylko nowe miejsca, ale i nieznane dotąd części mnie. Nieświadomie wpadłam w wir podróżowania po świecie, a tym samym odbywania podróży w głąb siebie. Moje serce po powrocie wciąż było złamane, ale Paryż naprawił to, co mógł – napełnił je na nowo miłością, nauczył szybko bić i kochać. Kochać życie i siebie.
Pozdrowienia z Paryża!

P.S. Do Paryża wróciłam ponownie dwa lata później, aby odwiedzić Notre-Dame w nowej odsłonie. Była naprawdę zachwycająca, tak samo a może nawet bardziej, niż jak pamiętałam ją z naszego pierwszego spotkania w 2015 roku, jeszcze długo przed pożarem. Przyglądałam się jej z podziwem, dziękując w duszy za to, że Paryż przywrócił do życia zarówno Notre-Dame, jak i mnie.


