Nowy Jork, wrzesień 2025
Dear Lucy,
Nadszedł czas pożegnania. Stałam z zamkniętymi oczami, lekko oparta o barierkę, nad brzegiem East River w Brooklyn Bridge Park i wsłuchiwałam się w szum wody. Po tygodniu spędzonym w tak gwarnym mieście, otaczająca mnie cisza oznaczała jedno – koniec. Nie otwierałam oczu jeszcze przez dłuższą chwilę, bojąc się, że to wszystko okaże się tylko snem. Gdy otworzyłam oczy, zrozumiałam, że tak faktycznie było.
Amerykański sen – wszyscy znamy to hasło. W Stanach Zjednoczonych istnieje właśnie takie przekonanie, że każdy człowiek ma równe szanse na zbudowanie sobie lepszego – wymarzonego – życia. To coś więcej niż marzenia. To obietnica, że jeśli czegoś bardzo pragniesz, to uda Ci się to zdobyć. To wiara we własną siłę i determinację, które mają doprowadzić Cię do osiągnięcia sukcesu, dzięki ciężkiej pracy, a wszystko zaczyna się w Twojej wyobraźni. Mówiąc o american dream, często powtarza się, że sky is the limit – tymczasem istnieje takie miejsce, w którym niebo przestaje być ograniczeniem, a jest jedynie widokiem. Mówi się, że to, co potrafimy sobie wyobrazić, w Nowym Jorku ma szansę stać się rzeczywistością.

You don’t come to live here unless the delusion of a reality shaped around your own desires isn’t a strong aspect of your personality
– Zadie Smith
Zadie Smith, brytyjska pisarka, stwierdziła, że do Nowego Jorku nie przyjeżdża się, jeśli częścią Twojej osobowości, nie jest ambicja i silna wiara w spełnienie marzeń. Carrie Bradshaw, bohaterka znanego serialu Seks w wielkim mieście, w wielu swoich wypowiedziach wyraża nadzieję, jaką w niej budzi NYC, mówiąc na przykład „anything is possible, this is New York” (tłum. „wszystko jest możliwe, to jest Nowy Jork”). Natomiast zdaniem amerykańskiej pisarki Dorothy Parker – Nowy Jork, w porównaniu z innymi miastami – „zawsze pozostaje pełen nadziei i wierzy nieustannie, że za chwilę wydarzy się coś dobrego, dlatego musi się pospieszyć, aby wyjść temu naprzeciw”.
Moim american dream od zawsze była wycieczka do Nowego Jorku. Odkąd narodził się ten pomysł, w mojej głowie miałam coraz jaśniejszą wizję tej podróży. Wyobrażałam sobie 9-godzinny lot, ekscytując się na samą myśl o małych ekranikach na pokładzie, pokazujących położenie samolotu na mapie. Oglądając filmy i seriale, tworzyłam coraz to nowsze obrazy tego miasta, które wierzyłam, że wkrótce zobaczę na żywo. Czułam, że to już niedługo się wydarzy, a jednocześnie, wraz z upływem lat, miałam jednak wrażenie, że realizacja tej podróży wymyka mi się z rąk. Miałyśmy polecieć razem z siostrą do Nowego Jorku na moje 21 urodziny, ale wybuchła pandemia. Potem uzgodniłyśmy, że gdy obie ukończymy studia, to pojedziemy, by uczcić uzyskanie dyplomów, ale znowu los pokrzyżował nam plany. Marzenia jednak mają to do siebie, że nie umierają. To myśl Harlana Cobena, który mówi, że gdy myślimy, iż są martwe, one jedynie zapadają w zimowy sen – niczym wielki, stary niedźwiedź. A gdy takie marzenie drzemie zbyt długo, niedźwiedź budzi się głodny i zły. Mój apetyt zdecydowanie rósł. Nowy Jork przestał już być samym w sobie moim celem, był też środkiem, który miał urzeczywistnić moje inne marzenia. Miałam już gotową listę moich małych pragnień, których spełnienie czekało właśnie tam.

Zdmuchując świeczki na torcie, w dniu 24 urodzin, pomyślałam życzenie – „następne urodziny chcę świętować w Nowym Jorku”. Rok później o tej samej porze, na 70 piętrze Rockefeller Center, wznosiłam z siostrą toast z okazji moich 25 urodzin, oglądając Empire State Building na tle zachodzącego słońca. Niektórzy powiedzą, że jestem mistrzynią manifestacji, ale to, ile wysiłku kosztowało mnie zrealizowanie tego marzenia, wiem tylko ja. Gdy w końcu uzgodniłyśmy dokładny termin, zaczęły się prawdziwe przygotowania – zakup biletów lotniczych, szukanie noclegu, wypełnianie formalności i tworzenie listy miejsc do zobaczenia. Przez cały rok żyłam tym wyjazdem, godzinami planując i czytając o Nowym Jorku. Poznałam wtedy na własnej skórze, czym tak naprawdę jest amerykański sen. To była moja ciężka praca, która wymagała poświęcenia i determinacji, ale na którą nigdy nie narzekałam, bo wiedziałam, do czego mnie prowadzi. Ten wysiłek przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy tylko znalazłam się w Nowym Jorku. To tak, jakby od tej pory to on przejmował stery, a ja mogłam po prostu żyć swoim marzeniem, które powoli stawało się rzeczywistością.

Każdego dnia budziłyśmy się z niedowierzaniem, że naprawdę jesteśmy w Nowym Jorku. Zachwyt nie opuszczał nas nawet na minutę, a wręcz narastał wraz z pokonywanymi przecznicami i nowymi, odwiedzanymi miejscami. Pamiętam moment, w którym musiałam się na chwilę zatrzymać, bo przestałam nadążać za doznaniami, jakie dochodziły z każdej strony. Potrzebowałam oswoić myśl, że tu jestem, poczuć to naprawdę, lecz emocji było zbyt wiele, by je uporządkować. Jedynym miejscem, w którym odnalazłam wytchnienie, był Central Park.
I wanted solitude, but a treasure like that didn’t exist in the city. I only found silence in Central Park, still littered with people of course, but the only place that held moments of calm.
I breathed in that wonderful silence as my pace finally slowed, and nature delighted my senses– Lee Matthew Goldberg



Bardzo cieszył mnie fakt, że dzień moich urodzin zaczęłyśmy właśnie w Central Parku. We wcześniejszych dniach spacerowałyśmy już po jego terenie, odkrywając kolejne zakątki, takie jak Turtle Pond, Bethesda Terrace, czy Bow Bridge. Udało nam się również obejrzeć sobotnie przyjacielskie rozgrywki softballa, zrelaksować się na Sheep Meadow oraz podziwiać panoramę miasta, widzianą z Umpire Rock. Natomiast w ten wyjątkowy poranek udałyśmy się do bardziej północnej części parku nad jezioro imienia Jacqueline Kennedy Onassis, znane również jako Central Park Reservoir. Wokół niego jest wytyczona biegowa trasa, której pętla ma długość 2,5 kilometra. Nie bez przyczyny wybrałyśmy właśnie ten odcinek, abym mogła wbiec w kolejny rok życia.
Doskonale wiedziałam, co mamy zaplanowane na ten dzień, a jednak na samą myśl moje serce zaczynało bić szybciej. Nowy Jork droczył się ze mną i zdawał się, spowalniać nas tego dnia na różne sposoby. Najpierw utkwiłyśmy w długiej kolejce, czekając na śniadaniowego bajgla. Nie miałyśmy jednak co narzekać, bo razem z resztą oczekujących świetnie się bawiłyśmy w rytm piosenek Bad Bunny’ego, lecących z wnętrza lokalu. Później, z pełnymi brzuchami, kręciłyśmy się po West Village spragnione dawki kofeiny, a dziwnym trafem ani jednej kawiarni nie było na naszej drodze. W końcu, najedzone i rozbudzone, dotarłyśmy na róg Bedford i Grove Street, a wtedy czas się dla mnie zatrzymał.


Stałam przed kamienicą, którą widziałam już milion razy, ale do tej pory wyłącznie na ekranie. Z transu wyrwał mnie, przejeżdżający przez skrzyżowanie samochód, a właściwie wydobywająca się z niego charakterystyczna melodia i znane rytmiczne klaskanie. Przeniosłam się nagle do jednego z odcinków serialu Friends. Przyjaciele są nieodłączną częścią mojej osobowości, a zobaczenie słynnej kamienicy, zamieszkiwanej przez bohaterów tego sitcomu, było moim wielkim marzeniem. Parę kroków dalej, znalazłyśmy się z siostrą w nieco innej scenerii. Mogłyśmy wcielić się w postać, wspomnianej już, Carrie Bradshaw z Seks w wielkim mieście. Dziś, oglądając moje ulubione seriale, czuję się jakbym sama była ich główną bohaterką, bo te miejsca stały się także częścią mojej historii.


Najważniejszym momentem tego dnia było spełnienie takiego marzenia, które nosiłam w sobie od kilkunastu lat. Było ono tak wyjątkowe, że w odróżnieniu od pozostałych, jego realizacja nie miała miejsca na Manhattanie. Po to marzenie musiałam wsiąść do kolejki PATH i udać się do Hoboken. Właśnie tam znajduje się Carlo’s Bakery.

Pasją do cukiernictwa zaraził mnie Tata, który pracuje w tym zawodzie. Oglądaliśmy razem program Słodki Biznes (oryg. Cake Boss), którego emisja rozpoczęła się, gdy miałam 10 lat. Z zaciekawieniem wspólnie poznawaliśmy historię Buddy’ego Valastro – Włocha mieszkającego w Hoboken, który prowadzi tam rodzinny biznes cukierniczy. Gdy miałam 15 lat, wydarzyło się coś nieoczekiwanego – Buddy przyleciał do Warszawy na spotkanie z fanami. Stałam tam pośród tłumu i wpatrywałam się w mojego cukierniczego idola, który przyjechał prosto ze Stanów Zjednoczonych. Wtedy obiecałam sobie, że za wszelką cenę, pewnego dnia pojadę do Hoboken, odwiedzę Carlo’s Bakery i zjem wypiek z cukierni Buddy’ego Valastro. To właściwie on jako pierwszy pokazał mi, czym jest amerykański sen. W jednym z odcinków Buddy powiedział, że jeśli ciężko pracujesz i masz wielkie marzenia, to możesz osiągnąć w tym świecie wszystko. I tak oto, dziesięć lat później, w swoje 25 urodziny, zdmuchiwałam kolejną urodzinową świeczkę, umieszczoną nie na torcie, a na babeczce z lukrem, kupionej w Carlo’s Bakery w Hoboken.

I believe if you work hard and you dream big enough, you can accomplish anything in this world
– Buddy Valastro
Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam przed sobą Nowy Jork. Spełnił się mój amerykański sen. Po drugiej stronie rzeki, wznosił się wysoko One World Trade Center – najwyższy budynek w mieście, górujący odważnie nad Financial District (tłum. Dzielnica Finansowa). Po mojej lewej – Most Brookliński – zapierający dech w piersiach zarówno w świetle dnia, jak i nocą. Patrząc na niego, wspominałam pierwszy wieczór po przylocie, kiedy poszłyśmy z siostrą na nocny rejs po East River. Ten sam widok rozpoczął i zakończył mój pobyt w Nowym Jorku. To było idealne pożegnanie, ale zdecydowanie nie na zawsze.


Nowy Jork spełnił wiele moich marzeń w czasie tamtej podróży, ale również sprawił, że pojawiły się nowe i część z nich wciąż czeka na mnie właśnie tam. Jednak przede wszystkim, Nowy Jork dodał mi jeszcze więcej determinacji i wiary w realizowanie moich american dreams.
Pozdrowienia z Nowego Jorku!

P.S. Na pytanie „po co żyję?” odpowiadam – dla marzeń. Dążenie do ich spełnienia jest dowodem miłości, jaką siebie samych darzymy, bo nawet po wielu latach nie odpuszczamy i próbujemy robić wszystko, by choć przez chwilę poczuć ten wyjątkowy rodzaj szczęścia. Tamta radość należała do tej małej dziewczynki, która we mnie drzemie i która jest wdzięczna, bo o niej nie zapomniałam.


