Warszawa, grudzień 2025
Dear Lucy,
Zima. Ostatnia i pierwsza pora roku – jest w niej coś wyjątkowego, skoro z jej nadejściem wszystko wydaje się zamierać, a gdy odchodzi, świat na nowo budzi się do życia. Wyblakłe liście spadają z drzew, a te przechodzą w stan spoczynku, wykorzystując przez kolejne miesiące energię magazynowaną w korzeniach. Niedźwiedzie zapadają w głęboki, zimowy sen i wracają, gdy topnieje śnieg, a dzień się wydłuża. My – ludzie – też wpadamy w inny rytm. Jeszcze przed zimą pojawia się często, jak ostrzeżenie, jesienna chandra. Słońce na niebie pokazuje się coraz rzadziej, a na pierwszym planie kłębią się chmury, często zwiastujące deszcz. Dzień stopniowo staje się krótszy, a świat coraz szybciej opanowuje ciemność. Rozpoczyna się okres zimowania. Pierwszy raz z tym określeniem spotkałam się, czytając książkę o tym tytule autorstwa Katherine May.
Człowiek, mimo bycia nieodłącznym elementem przyrody, cały czas próbuje się pozbyć swoich naturalnych instynktów. Zimowanie to sposób przetrwania zimy, który w przyrodzie polega na spowolnieniu procesów życiowych. Dla ludzi to forma radzenia sobie ze szczególnym stanem psychicznym, który pojawia się nie tylko wraz z pierwszą chłodniejszą listopadową nocą, ale wtedy, gdy czas zaczyna zwalniać, dzień ustępuje nocy, a nasze zmartwienia wychodzą na powierzchnię po całym roku spychania ich w głąb siebie.
Moje zimy bywały różne – czasem łagodniejsze, gdy na moje ramiona lekko prószył śnieg, a innym razem potrafiły zamrozić mnie na dłuższy czas. Jednak zawsze miały jedną wspólną cechę – były dla mnie niezauważalne. Przyzwyczaiłam się do nich, a z czasem nawet zaczęłam się ich spodziewać, tak jak spodziewa się po prostu kolejnej pory roku w przyrodzie. Z upływem lat zauważyłam, że wraz z pierwszym spadającym liściem, spada mój nastrój. Sezon jesienno-zimowy budził we mnie takie emocje, których nie potrafiłam i nie chciałam w sobie nosić. W tym roku postanowiłam sobie, że nie pozwolę na to, by zima mnie dotknęła, ale ona miała inne zamiary. Nie zmroziła mnie, nie zasypała śniegiem – moja tegoroczna zima pojawiła się jak lawina, bez żadnego ostrzeżenia. Tym razem nie udało mi się jej zignorować.
Spokojna jesień wzbudzała we mnie nadzieję na wspaniałą i radosną zimę. Jeszcze w otoczeniu jesiennych liści, myślałam o nadchodzącej porze roku i planowałam spacery po Starówce z kubkiem grzanego wina lub gorącej czekolady, wyjście na łyżwy czy zwyczajne chłodne poranki spędzane z ulubioną książką w wolny dzień. Na chodniku coraz częściej widziałam już tylko ślady po liściach, które jeszcze kilka dni temu zdobiły gałęzie drzew. Gdy patrzyłam przez okno, nie widziałam już pomarańczowo-czerwonych koron, za to wyobrażałam sobie pierwszy śnieg. Podobnie do Lorelai, bohaterki z serialu Gilmore Girls, czułam, że śnieg powoli nadchodzi i nie mogłam się doczekać, by pojawił się choćby na chwilę. Pod koniec listopada śnieg zasypał miasto, a ja wracając do domu późnym wieczorem, znalazłam się w mojej wymarzonej białej krainie. Szłam do domu, stawiając ostrożnie kroki na świeżo ośnieżonym chodniku. Cała okolica spała, a ja nie mogłam nacieszyć się tym momentem, który miałam tylko dla siebie. Na drodze były wyłącznie ślady moich butów, które wyglądały jak słynna Mapa Huncwotów z Harry’ego Pottera. Tamta noc nie mogła być już bardziej magiczna, a ja później leżąc w łóżku, patrzyłam na padający za oknem śnieg, myśląc jedynie o tym, że właśnie na taką zimę czekałam – delikatną, niewinną i pełną magii. Nie wiedziałam jednak, że następnego dnia się nie obudzę. Zapadłam w sen zimowy.

Na mojej szafce nocnej leżała książka „Zimowanie” Katherine May. Zobaczyłam ją, kilka dni przed pojawieniem się śniegu, na Instagramie i coś w niej mnie zaintrygowało. Czystym przypadkiem znalazłam tę książkę na półce u mojej Mamy. Na odwrocie znajduje się cytat amerykańskiej pisarki Elizabeth Gilbert, która opisuje książkę Katherine May słowami „Tak piękna i uzdrawiająca jak zima sama w sobie”. Zadałam sobie pytanie, jak zima mogłaby mnie uzdrowić, skoro do tej pory sprawiała jakby w trakcie tych paru miesięcy moje życie uciekało między palcami? „Zimowanie” było jak obietnica przeżycia, a nie tylko przetrwania zimy – nie tylko pogodowej, ale przede wszystkim tej życiowej.
Zdawało mi się, że moja zima spadła na mnie nagle jak lawina, lecz z czasem okazało się, że bardzo się myliłam. Gdy otworzyłam książkę i zobaczyłam, że tytuł pierwszego rozdziału to Wrzesień, poczułam się zdezorientowana. Mojej reakcji nie wywołał jednak fakt, że kalendarzowa zima zaczyna się przecież pod koniec grudnia, a wrzesień to miesiąc, gdzie lato spotyka się z jesienią. Czytając ten początkowy rozdział, wróciłam pamięcią do swojej jesieni. Nagle nie wspominałam jej już jako, kolorowego niczym liście drzew, okresu, natomiast zaczęłam przywoływać te chwile, kiedy coś szło nie tak, a ja powtarzałam sobie jak mantrę, że wszystko ułoży się jak zawsze. Jednocześnie, starając się myśleć pozytywnie, spychałam każde zmartwienie, gdzieś głęboko, licząc, że gdy spadnie śnieg, to on dodatkowo je zakryje. Stało się jednak zupełnie odwrotnie. Kiedy biały puch trochę się roztopił, wszystkie smutki wypłynęły na powierzchnię, a ja opadałam powoli na dno pod ich ciężarem. Zrozumiałam, że moja zima rzeczywiście dawała o sobie znać o wiele wcześniej, niż bym chciała to przyznać, a ja po prostu ignorowałam ostrzeżenia lawinowe. Dokładnie tak jak śpiewała Kaśka Sochacka – „bez zbędnego szumu” zaczęłam znikać i męcząc się coraz bardziej, przezimowałam na dnie.
Ta zima zebrała poważne żniwo. Miały miejsce różne wydarzenia, które czułam, że przygniatają mnie coraz mocniej i mimo, że zgodnie z moją, pełną nadziei, myślą przewodnią wszystko zaczęło się układać, to ja trwałam w zawieszeniu. Życie pędziło dalej, a ja nie potrafiłam postawić kolejnego kroku, bojąc się poślizgnąć na tym, co kryje się pod śniegiem, jak lód na chodniku. Nie dawałam już rady i z tym faktem, także nie umiałam sobie poradzić. To było nowe. Do tej pory podnosiłam się z każdej trudniejszej sytuacji, nieistotna była dla mnie jej waga. Miałam w zwyczaju rozwiązywać napotykany problem i ruszać dalej, ale tym razem „śnieg zasypał wszystkie drogi”.
Zima brzmi dla mnie dokładnie jak ta piosenka Kayah i Gorana Bregovicia (szczególnie w wykonaniu mojej siostry, która czytając to na pewno ją właśnie śpiewa). Tam kobieta pyta gór i dolin, gdzie udał się jej ukochany. Ja za to pytałam moich ukochanych Tatr, dokąd odeszłam ja, bo miałam wrażenie, że naprawdę się zgubiłam. Poszukiwani, co prawda nie odnaleźli się, ale przynajmniej razem z Kayah zdołałam wyśpiewać wszystko to, co czułam. „Zima na ramiona moje spadła” i stała się tak wielkim ciężarem, że nie byłam już w stanie się ruszyć. Śladów, które zostawiłam radośnie na świeżym śniegu wtedy w listopadzie, nie miałam już szans wypatrzeć. Nie było tamtej mnie.



Obawiały mnie moje myśli rezygnacyjne, moja bezsilność, samotność i poczucie niesprawiedliwości. Zawsze czułam, że dam sobie ze wszystkim radę i po każdym upadku potrafiłam się podnieść. Teraz jest inaczej – teraz, bo to jeszcze nie jest za mną. To nie jest poradnik, jak wybudzić się ze snu zimowego, bo mój wciąż trwa, a tegoroczna zima nie odpuszcza. W każdej chwili, kiedy czuję, że pojawia się światło, boję się nawet na nie spojrzeć, bo zaraz gaśnie. Jednak w głowie dalej słyszę zdanie powtarzane jak mantrę – „wszystko się ułoży” – z tym, że nie wiem czyj to głos.
Skończyłam dziś czytać „Zimowanie” i mimo, że moja zima jeszcze trwa, to dotarłam z autorką do początku jej wiosny. Przeszłam z nią tę drogę i teraz czuję, jakby to ona towarzyszyła mi. Ten nieznany głos, przywołujący mnie do życia, być może należy do mojej towarzyszki, która w swoim epilogu napisała o tym, jak zamiast być taką osobą, jaką sobie wyobrażała, zmagała się z mroźnymi wiatrami zimy. Przepełniał ją strach i wstyd na myśl o napisaniu książki, bo nie wierzyła, że ma prawo do opowiedzenia swojej historii. Jednak, jak sama pisze, ona dalej tu jest i książka również. Trzymam ją w ręku i to z zamiarem przeczytania jej po raz drugi.

To, czego się nauczyłam to pozwolenie zimie na rozgoszczenie się. Muszę ją poznać i nazwać, choć niełatwo przechodzą te konkretne słowa przez gardło. Zimy nie można nie zauważać, bo tak naprawdę ignorujemy siebie – swoje uczucia i potrzeby, które są ważne – dlatego również ja zdobyłam się na odwagę i opowiadam tutaj swoją historię.
Nie mam pojęcia, jak dalej będzie wyglądać moja zima – czy spadnie więcej śniegu, czy wieczory będą jeszcze mroczniejsze, a może światło zacznie pojawiać się na dłużej i wiosna nadejdzie szybciej niż się spodziewam. Jednak mam nadzieję, nie tylko, że wszystko się ułoży, ale że zgodnie ze słowami Toma Allena – zima ukształtuje mój charakter i wydobędzie ze mnie to, co najlepsze.
Pozdrowienia z Warszawy!

P.S. Zima wywołuje w naszym ciele takie reakcje, przez które organizm zaczyna się ogrzewać, by powrócić do stanu równowagi. Katherine May, na przykład, zaczęła zimą pływać w morzu, a ja za to zdobyłam się na zimny prysznic zamiast gorącej kąpieli i okazało, że to w sobie noszę najwięcej ciepła.


