Warszawa, marzec 2026
Dear Lucy,
Jest 22 marca, pogoda wprost idealna – błękitne niebo nad głowami, do tego świeci słońce i wieje lekki wiaterek, który nabiera na sile wraz z każdym kolejnym krokiem prowadzącym mnie przez Most Poniatowskiego. Za moimi plecami – Stadion Narodowy – a ja idę pośród tłumu w stronę centrum miasta. To przypomina mi powroty z koncertów, kiedy tym samym mostem późnym wieczorem wracają do domów rozśpiewani fani, na przykład Harry’ego Stylesa (w tym też ja!). Natomiast tego dnia pokonuję tę samą trasę, próbując zapanować nad trzęsącymi się nogami, które nie drżą z zimna, a ze stresu i ekscytacji. Szłam i szłam, wypatrując z niecierpliwością miejsca startu 20. Półmaratonu Warszawskiego.

Stawianie pierwszych kroków
W wakacje 2025 roku zaczęłam od czasu do czasu biegać dla zwykłej przyjemności. Pierwsze wyjście było tak krótkie i intensywne, że patrząc na mnie można było stwierdzać wylew. Jednak z każdym następnym razem wzrastała moja zajawka tą aktywnością, a malało (na szczęście) ryzyko zawału. Nie bawiłam się w żadne drogie buty, ciuchy i gadżety. Po prostu wychodziłam w moich wysłużonych adidasach, zakładałam słuchawki i biegałam tak, żeby nie wyzionąć ducha. Wtedy dowiedziałam się o strefach tętna, których rzekomo miało być pięć. Najwyraźniej nie było mi po drodze z pierwszą i drugą (czyli najniższym zakresem). Moja przyjaciółka, która ostatnio zaczęła biegać, świetnie to ujęła – 1 i 2 strefa jej nie widziały, za to 4 i 5 jak najbardziej. Chyba to taki nieoficjalny test determinacji biegacza – biegaj, aż wreszcie spotkasz tę drugą strefę. To wcale nie takie łatwe zadanie, bo ja w tej strefie nie jestem nawet, spiesząc do metra, a co dopiero mówić o bieganiu. Nie załamałam się tym, nawet kiedy „biegając” w 2 strefie, mijały mnie mamy spacerujące z wózkami. Społeczność biegaczy na szczęście ma to do siebie, że nie ukrywa realiów biegania. Właśnie dzięki takim biegaczom, którzy pojawiali się na moich social mediach i dzielili się swoimi doświadczeniami – ja także nie zwątpiłam i biegałam dalej, powtarzając za nimi „dziś II strefa, umiem szybciej”.
Z czasem bieganie przestało być dla mnie jedynie formą dbania o ciało pod względem fizycznym, ale stało się sposobem radzenia sobie z trudnościami życia codziennego. Tak naprawdę uważam, że sport robi więcej dobrego dla naszej psychiki, a korzyści dla zdrowia fizycznego i wyglądu to tylko efekt uboczny.
Kryzys 25-latki
Bardzo dużo w Internecie mówiło się o tzw. kryzysie wieku młodego albo ćwierćwiecza. Dotyka przeważnie ludzi pomiędzy 25 a 35 rokiem życia, choć oczywiście różne badania wskazują inaczej, a i tak jest to indywidualna sprawa dla każdego młodego dorosłego. To stan, kiedy nie czujemy się sobą, szukamy i tworzymy swoją tożsamość czasem zupełnie na nowo. Zaczynamy kwestionować to, co znamy, co wynieśliśmy z domu rodzinnego, chcemy to zmieniać na swoje, ale nie do końca wiedząc, jakie jest to MOJE. Czujemy się zagubieni w tych poszukiwaniach, aż w końcu zaczynamy odkrywać nowe elementy rzeczywistości – podróżujemy po świecie, zapisujemy się na kursy, zmieniamy ścieżki kariery, poznajemy ludzi, podejmujemy nowe aktywności – jak na przykład bieganie. Powstał taki trend w social mediach, że nowy boom na bieganie wśród młodych dorosłych to właśnie oznaka kryzysu ćwierćwiecza. Czy tak faktycznie jest – nie mi oceniać, ale prawdą jest na pewno to, że gdyby nie mój kryzys, nie zapisałabym się na półmaraton.
Po tamtych wakacjach nadszedł dla mnie prywatnie trudny czas. W mojej rodzinie pojawiły poważne problemy ze zdrowiem moich bliskich, w obszarze pracy też nie wszystko potoczyło się tak, jak planowałam, a parę ważnych relacji się zakończyło. Było mi źle z tym, jak wygląda moje życie, a nie wiedziałam, co i jak mogę zmienić. Myślami wracałam mimowolnie do wydarzeń z przeszłości i czułam, że wcale nie poradziłam sobie z pewnymi przeżyciami tak, jak mi się wydawało. Rozliczałam się z przeszłości i wpadłam w taką karuzelę, gdzie każdy miniony rok był gorszy od poprzedniego. Takie myślenie doprowadziło tylko do tego, że w pewnym momencie stwierdziłam, że moje życie zwyczajnie nie ma sensu. Przestałam się starać, robiłam tylko minimum tego, co ode mnie wymagano. Chodziłam do pracy, opiekowałam się chorym psem, a ze znajomymi spotykałam się tylko dlatego, że nie chciałam odmawiać, by nikt nie zauważył, że coś jest nie tak. Jedyne, co robiłam dla siebie i co miało dla mnie sens to bieganie. Tak samo bez celu jak wydawało mi się moje życie. Miałam wtedy ochotę zrezygnować z siebie, ale zrobiłam coś odwrotnego. Znalazłam cel, który wymagał ode mnie poświęcenia samej sobie czasu, uwagi i wysiłku. W listopadzie zapisałam się na półmaraton i zaczęłam robić wszystko, by osiągnięcie tego celu stało się realne. Zrobiłam to dla siebie.

Przygotowania do startu
Po zapisaniu się zainwestowałam w nowe buty do biegania, planowałam treningi, zaczęłam się zdrowo i regularnie odżywiać, więcej przebywałam na zewnątrz, zamiast zamykać się w domu. Bieganie oraz cała otoczka, która stworzyła się wokół półmaratonu, sprawiały, że zaczęłam się więcej uśmiechać, mimo że w głowie dalej wybrzmiewały negatywne myśli. Jednak gdy biegłam przed siebie, miałam wrażenie, że wszystkie kłopoty zostawiam za sobą. Nie spodziewałam się natomiast, że nadejdzie taka zima, która pokrzyżuje mi plany.
Grudzień rozpoczęłam chorobą, która ciągnęła się za mną jeszcze przez dłuższy czas, aż nagle zasypał nas śnieg. Byłam nie tylko podekscytowana na myśl o bieganiu zimą, ale i na to przygotowana, z tym, że nie takiej zimy się spodziewałam. Tutaj zaczęły się schody – najpierw wypadłam z treningów przez chorobę, potem przez pogodę, a gdy już miałam perspektywę powrotu do biegania, znów zachorowałam. Kiedy warunki na dworze zaczęły się poprawiać, ja czułam, że się poddaję. Odpuszczałam treningi, wychodziłam biegać najwyżej raz w tygodniu, a do tego wracałam sobą rozczarowana. Zaczął się marzec i wiedziałam, że do półmaratonu zostało mi niewiele czasu. Niestety treningi już nie dawały mi radości i satysfakcji, bo niekontrolowanie pojawiały się w mojej głowie myśli, że nie dam rady, bo nie znam tego dystansu, biegam za wolno albo kolano nie wytrzyma. Dogoniły mnie wątpliwości.
Do biegu, gotowa, start!
Stałam na starcie 20. Półmaratonu Warszawskiego i nie mogłam przestać się uśmiechać. Na głośniku słychać było głos kobiety zagrzewającej biegaczy na linii startowej, która powiedziała, że „dziś na trasie są tysiące różnych historii”. Pomyślałam wtedy o swojej. Przypomniałam sobie, co czułam, wypełniając formularz zgłoszeniowy na ten bieg. Wróciłam pamięcią do tych mrocznych chwil, ale również do tych, które przez ostatnie miesiące wniosły światło do mojego życia. Myślałam o tym, że na trasie czekają moi bliscy, a wirtualnie kibicuje mi mnóstwo moich przyjaciół. Jednak byłam tam, tylko dla jednej osoby – dla siebie. Spojrzałam na swoją dłoń, na której napisałam „WARTO ŻYĆ”. Bo naprawdę warto było zawalczyć, starać się, pokonywać swoje ograniczenia, by móc przeżyć to, co działo się na tym półmaratonie.

Na samym starcie rozłączyły mi się słuchawki (czułam, że to się wydarzy) i walczyłam z nimi przez pierwsze 3 kilometry, ale w końcu dałam sobie z tym spokój. Dlaczego? Bo głosy ludzi, którzy stoją na ulicy i kibicują to dźwięk piękniejszy nawet od głosu Harry’ego Stylesa. Na trasie widziałam mnóstwo wspaniałych i zabawnych plakatów, które skradły moje serce. Były dziewczyny z banerami „Run now, aperol later”. Był transparent mówiący, że randkowanie w Warszawie jest gorsze niż półmaraton (jestem w stanie się z tym zgodzić). Na Krakowskim Przedmieściu była chyba największa niespodzianka – stali tam księża, którzy przygotowali plakaty z hasłami „Jezus biega szybciej po wodzie niż ty po drodze”, „Dokąd idzie ta pielgrzymka?” i najpiękniejsze – „Więcej wiary!”. Jednak najwspanialszym banerem, jaki zobaczyłam, był ten przed samą metą, który trzymała dzielnie w rączkach czteroletnia dziewczynka. Moja mała siostrzenica czekała na mnie na ostatnim kilometrze, machając plakatem z napisem „KOCHAM CIĘ CIOCIU!”.

Podczas tych 21 kilometrów myślałam o moich najbliższych. Tak samo jak w życiu, to i na półmaratonie właśnie oni dodali mi sił. Na starcie i mecie towarzyszyła mi moja Mama, która tego dnia przeszła swój własny maraton, żeby móc mnie uściskać, kiedy dotarłam na metę. Pod koniec trasy spotkałam moją siostrę z córeczką, które razem zrobiły dziki sprint, żeby złapać mnie na mecie. Mój Tata, który parę lat wcześniej przetarł maratonowe szlaki, czekał na mnie na 15 kilometrze, a potem przebiegł ze mną fragment trasy. Co chwilę, na moim zegarku, wyświetlało się imię mojej przyjaciółki, która wysyłała mi wsparcie z Gdańska, śledząc mnie na lokalizacji. Przed metą dostałam wiadomość od kolejnej przyjaciółki, która trzymała za mnie kciuki i z którą kiedyś nie raz wylewałam poty na wspólnych treningach. Gdy przebiegałam niedaleko mojej pracy, to myślałam o moim przyjacielu, który pewnie udawałby obrażonego, bo on pracuje, a ja mam wolne (choć myślę, że wolałby jednak być w tej pracy niż biec te 21 kilometrów). Wsparcie wszystkich tych osób, które były ze mną fizycznie lub myślami, życzyły mi powodzenia i pisały do mnie potem, jest nieocenione i bardzo im za to dziękuję. To kolejna lekcja wyciągnięta z półmaratonu – może jest to sport indywidualny, może biegniesz sam ze swoimi myślami, ale wokół Ciebie są ludzie, których znasz lub nie, którzy kibicują Ci i są obok, kiedy boisz się ruszyć, pomagają, kiedy chcesz się poddać i będą cieszyć się z Tobą, kiedy odniesiesz sukces.
Koniec końców pobiegłam, mając kompletnie gdzieś, jaki będę miała czas. Chciałam po prostu przebiec ten dystans bez zatrzymywania się, rozsądnie rozkładając swoje siły i czerpiąc z tego jak największą frajdę. Udało mi się! Wbiegłam na metę, czując się tak dobrze, że rodzina pytała mnie, czy w ogóle się zmęczyłam. Co więcej, biegło mi się tak przyjemnie, że mogłabym okrążyć Stadion Narodowy jeszcze kilka razy. Do tego okazało się, że niezamierzenie osiągnęłam lepszy czas niż zakładałam. I to jest chyba taka niepisana życiowa zasada – jak odpuszczamy, to zaczynają dziać się cuda. Na przykład – nagle połączą się słuchawki i można przebiec półmaraton przy hitach z filmów Disney’a. Chociaż i tak nic nie może równać się z tym, gdy na moment przed startem wybrzmiewa kultowy „Sen o Warszawie”.
Minął już tydzień od mojego startu w półmaratonie. Nie mogę powiedzieć, że na trasie zostawiłam za sobą wszystkie zmartwienia i smutki. Nie przebiegłam jeszcze całkowicie przez mój kryzys ćwierćwiecza, ale pokonałam jego pierwsze 21 kilometrów. Czasem jest pod górkę, a czasem z górki, nieraz muszę przebiec przez most na drugą stronę, a innym razem wbiec do ciemnego tunelu. Jednak to, co zostało ze mną po tym półmaratonie to po pierwsze świadomość, że jestem w stanie osiągnąć więcej niż mi się wydaje, a po drugie, że warto próbować to robić – dla siebie.
Pozdrowienia z Warszawy!

P.S. „Sen o Warszawie” to taka nasza wersja american dream, nie sądzicie? We wpisie o nim wspominałam, że w Nowym Jorku czeka na mnie jeszcze wiele marzeń – więc może nowojorski maraton?


