Paryż, marzec 2026
Dear Lucy,
Wiele lat, spędzonych w szkolnej ławce, poświęciłam na naukę języka francuskiego. W mojej szkole nie tylko miałam możliwość nauczyć się mówić po francusku, ale również mogłam chłonąć klimat i poznawać kulturę Francji.
Już na pierwszej lekcji francuskiego w gimnazjum zakochałam się w tym języku. Kartki w moim zeszycie były zapełnione nawet na marginesach – tam zawsze notowałam zapisy fonetyczne nowych słówek. Z czasem uczyłam się jeszcze więcej, ponieważ będąc w klasie dwujęzycznej, lekcje francuskiego mieliśmy w zwiększonym wymiarze, a także zdarzało się nam mieć po francusku biologię, chemię czy matematykę. Było to i frustrujące i zabawne, bo teoretycznie nauczyciele tych przedmiotów mówili po francusku, a jednak w praktyce często z lekcji wychodziliśmy z totalną pustką w głowie, bo ani nie zrozumieliśmy głównego tematu zajęć, ani prowadzącego. Ale tak już było w tej naszej szkole – raz rozumieliśmy więcej, a raz mniej – jednak każdy z nas w miarę swoich możliwości starał się porozumiewać.
Chodząc do tej szkoły, miałam okazję zapoznawać się ze stylem życia, kulturą i zwyczajami mieszkańców Francji. Tym zarażali nas przede wszystkim nauczyciele, do których myślę, że naprawdę mieliśmy szczęście. Polscy dydaktycy byli wręcz przesiąknięci francuskim klimatem. Mogłabym nawet powiedzieć, że niektórzy zachowywali się jak stereotypowi Francuzi. Natomiast lektorzy, pochodzący z krajów francuskojęzycznych, byli zupełnie zaskakujący pod względem swojego radosnego i beztroskiego usposobienia. Wszyscy za to mieli jedną wspólną cechę – byli wymagający.
Przychodził taki czas, że w naszej szkole zaczynały się poważne przygotowania. Nagle na ścianach sal pojawiały się, zrobione przez uczniów, plakaty o różnych państwach, takich jak na przykład Maroko, Tunezja, Kanada, Belgia czy Demokratyczna Republika Konga. Na scenie na drugim piętrze leżała wielka płachta, którą uczniowie malowali, by stworzyć scenografię. Na korytarzach w czasie lekcji, zamiast znajomej ciszy, można było usłyszeć śpiew, wydobywający się z jednej z klas, gdzie odbywała się próba. Aż w końcu przychodził ten jeden dzień w marcu, kiedy goście, w tym przedstawiciele ambasad, odwiedzali naszą szkołę, by wziąć udział w corocznym przedstawieniu, które organizowaliśmy z okazji Międzynarodowego Dnia Frankofonii.
Czym jest FRANKOFONIA?
Frankofonia to taka wspólnota, która zrzesza kraje posługujące się językiem francuskim i łączy te państwa we współpracę, mającą na celu promocję języka, ale również podkreślenie różnorodności kulturowej. Przedstawicieli możemy szukać w różnych zakątkach świata, nie tylko w Europie, zwłaszcza, że największą grupę tworzą tak naprawdę kraje afrykańskie. W poprzedniej pocztówce nawiązałam do opowieści o Wieży Babel i pisząc dziś tę wiadomość, znów nie mogę wyrzucić tej historii z głowy. Wtedy, gdy pomieszały się języki i porozumiewanie stało się niemożliwe, ludzie rozeszli się po świecie. Natomiast Frankofonia działa temu na przekór – język francuski jednoczy ze sobą nawet bardzo odległe krańce świata, a tym samym tworzy dumną i piękną społeczność, która mimo różnic potrafi się porozumieć.
Być ponad podziałami
Przygotowując w szkole przedstawienia z okazji Dnia Frankofonii, dowiedziałam się, jak ważna jest działalność tej organizacji i nauczyłam się, że warto doceniać to, co nas łączy. Żyjemy w czasach podziałów i wojen, ponieważ niektórzy ludzie za wszelką cenę chcą niszczyć to, co zostało już zbudowane. Nie chodzi o to, że świat, w którym żyjemy obecnie jest idealny, bo nigdy tak nie będzie, a jednak mam wrażenie, że znajdą się tacy, którzy gonią za utopijną rzeczywistością. Z tym, że każda taka osoba ma swoją własną wizję i obawiam się, że czasem chore ambicje wygrywają ze zdrowym rozsądkiem. Świat nie należy do nikogo na własność, a jednocześnie jest nasz – wspólny. Każdy człowiek ma prawo tu żyć. Każdy, kto się tu urodził ma na nim swoje miejsce i nie ma prawa pozbawiać go innych. Razem tworzymy ten świat, mimo różnic, które widzimy między sobą. Pytanie dlaczego tak bardzo ludzie skupiają się właśnie na nich i budują w sobie wzajemną niezgodę? Czy my potrafimy jeszcze zobaczyć siebie w drugim człowieku i pielęgnować te części wspólne?
Obserwator nie musi stać z boku
Międzynarodowa Organizacja Frankofonii wśród swoich reprezentantów ma członków pełnoprawnych, stowarzyszonych i tak zwanych obserwatorów. Taki status nie daje decydującego głosu w sprawach działalności MOF, ale pozwala na współpracę między uczelniami oraz jest wyróżnieniem dla danego kraju za otwartość na dialog międzykulturowy. Takim obserwatorem jest Polska. Z okazji Dnia Frankofonii odbywają się u nas festiwale muzyczne i filmowe, na uniwersytetach organizowane są specjalne wykłady, a w szkołach, takiej jak moja, przygotowuje się wyjątkową akademię z występami artystycznymi. Te wszystkie działania to nic innego jak celebracja tej wspólnoty – jej języka i historii.
Po skończeniu szkoły z mojej nauki języka francuskiego został mi tylko wynik na świadectwie maturalnym i zdany egzamin DELF. Czasem przypominałam sobie co nieco, kiedy lądowałam w Paryżu, ale w końcu pogodziłam się, że i ja zyskałam już wyłącznie status obserwatora. Kiedy usłyszę gdzieś francuski, rośnie we mnie żal, że sama rozstałam się z tym językiem, nad którego znajomością pracowałam tyle lat. Pisząc tę pocztówkę, stwierdzam po raz kolejny, że może warto byłoby zapisać się na jakiś kurs (może w końcu nauczę się porządnie subjonctif). Jednak obecnie spotykam się z kulturą Francji jedynie, gdy wpadam z wizytą do jej stolicy.

Zamieszkać w Paryżu to było moje nastoletnie marzenie. Moja siostra kiedyś czytała taką książkę „Bądź Paryżanką, gdziekolwiek jesteś” autorstwa czterech Francuzek, opowiadających o tym jak zachowują się, jakie mają zwyczaje i czy są takie, jak mówią o nich stereotypy. Chciałam być taka jak one – pełne szyku, wdzięku i elegancji. W Paryżu zwracałam na nie uwagę i zawsze przez chwilę obserwowałam ten pewny krok czy przenikliwe spojrzenie. Aczkolwiek to wszystko jest pewnym przebraniem i nie chodzi mi tu akurat o to, że są ikonami mody. Stereotypy, pozytywne bądź nie, które przypisuje się Paryżankom czy Paryżanom, wydaje mi się, że są jakiegoś rodzaju fasadą, którą każda narodowość buduje dla siebie – na swoich fundamentach, takich jak historia, poziom rozwoju, przyzwyczajenia. Mieszkańcy Paryża lub ogólnie Francuzi nazywani są żabojadami, ale uznawani są również za wyrafinowanych smakoszy wina. Mówi się o nich, że są aroganccy, wyniośli i zdystansowani, a ich uprzejmość odbierana jest jako „chłodna”.

Moje pierwsze takie odczucia miałam już w kontaktach z nauczycielami, ale o dziwo tymi, którzy pochodzili z Polski. Część z nich naprawdę dbała o uwiarygodnienie stereotypów, bo sprawiali wrażenie, jakby czuli się lepsi od innych, tylko ze względu na znajomość języka. Niektórym brakowało szczerego uśmiechu, a prawie codziennie na ich twarzy widzieliśmy grymas niezadowolenia. Natomiast jeden z lektorów, pochodzący z Francji, był tego zupełnym przeciwieństwem. Wprowadzał na lekcji taką atmosferę, w której my nie potrafiliśmy się odnaleźć. Kiedyś bardzo mnie strofowało jego zachowanie, ale dziś z rozrzewnieniem wspominam te lekcje, na których Pan oprócz programu nauczania, realizował misję wywoływania szerokiego uśmiechu na naszych buziach.
Czy Francuzi faktycznie są tacy, jak się o nich mówi? Myślę, że oni sami nie mieliby wcale problemu z przyznaniem się do pewnych, niekoniecznie, pozytywnych cech, które im przypisujemy, a mimo to i tak większość dalej pękałaby z dumy, że pochodzi z Francji. Tak jak autorki wcześniej wspomnianej książki, opowiedziały w niej o tym, że są w istocie zadufane w sobie, ale potrafią też być czułe i romantyczne. Jak myślę o znanych mi stereotypach o Francuzach, to wydaje mi się, że wszystkie wynikają z jednej głównej cechy – oni po prostu wiedzą, czego chcą. Ta pewność siebie może być odbierana jak arogancja i egocentryzm, a z drugiej strony nie ma co się dziwić, że wciąż narzekają, skoro wiedzą, na co zasługują, a nie mogą tego dostać. Czy bycie Paryżaninem oznacza w takim razie to, że twardo stąpamy po ziemi i wiemy, czego chcemy? To może nie jest w takim razie kwestia pochodzenia, a wybór stylu życia. Przypomina mi się teraz cytat, który zauważyłam kiedyś na ścianie w Café de Paris, znajdującej się niedaleko Louvre – „bycie Paryżaninem nie znaczy urodzić się w Paryżu, a się tu odrodzić”. Sama trochę tego doświadczyłam, ale to w innej pocztówce.
Être parisien, ce n’est pas être né à Paris, c’est y renaître.
Sacha Guitry



Wrócę jeszcze na koniec do tego mojego marzenia o przeniesieniu się do Paryża na stałe. Wydaje mi się, że w bardzo śmieszny sposób udało mi się to zwizualizować, oglądając „Emily w Paryżu”. Ten serial budził we mnie dużo skrajnych emocji, których chyba wolę teraz nie wylewać z siebie, bo NA CAŁE SZCZĘŚCIE możemy jeszcze chwilę odpocząć, zanim znowu będzie nam dane obserwować GENIALNE dokonania głównej bohaterki. Ale oglądając pierwszy sezon, który był pełen stereotypowych zagrywek, przypomniałam sobie moje doświadczenie, którego nie udało się jeszcze całkowicie odmienić. Moje pytanie brzmi – czy we Francji da się dogadać tylko po francusku? Jeśli tak, to proszę niech ktoś powie mi jak to zrobić, bo do tej pory mój francuski (wiem, że nie jest idealny) odbijał się od ściany, mimo moich najszczerszych chęci. Kiedyś udało mi się osiągnąć mały sukces i to nawet w czasie mojej pierwszej wizyty w Paryżu na wycieczce szkolnej w gimnazjum. Pamiętam, że kupowałam pamiątki w sklepiku niedaleko fontanny Saint-Michel. Powtarzałam w głowie formułkę, którą sobie ułożyłam do wypowiedzenia przy kasie i zrobiłam to! Powiedziałam coś po francusku, ktoś mnie zrozumiał i uwaga – ten cały sukces był taki, że moja rozmówczyni uraczyła mnie czymś więcej niż pogardliwym spojrzeniem oceniającym mój, kulejący jeszcze wtedy, francuski. Pani ze sklepiku odpowiedziała mi kulturalnie… po polsku. Okazało się, że Pani Elżbieta wyjechała do Paryża za miłością swojego życia i mieszka tam razem z mężem od wielu lat. Powiedziała wtedy, że sprawiłam jej ogromną przyjemność, bo mogła odezwać się w swoim ojczystym języku. Mnie natomiast, mówiącej w obcym, dała wielką radość przez zrozumienie i zachęcenie do dalszego mówienia bez strachu.
I to chyba dzięki temu nadal podejmuję próby komunikowania się po francusku, kiedy jestem w Paryżu. W końcu francuski to język uniwersalny, który ma jednoczyć, nawet jeśli jesteś tylko obserwatorem.
Pozdrowienia z Paryża!

P.S. Język francuski jest określany jako język miłości przez swoją melodyjność i poetyckie skojarzenia. W myśl idei Frankofonii jest to też język wspólnoty, wzajemnego zrozumienia. Ciekawe, jak wyglądałby świat, gdyby każdy z nas posługiwał się językiem miłości i porozumienia – w nim nie liczą się słowa, a intencja.


